11 lutego 2026

„Nie jesteśmy tylko pacjentkami. Jesteśmy kobietami, które uczą się żyć od nowa”

Rozmowa z pacjentkami Centrum Onkologii w trakcie radioterapii – w Światowym Dniu Chorego.

Korytarze Centrum Onkologii mają swój własny rytm. Ciszę przerywa turkot łóżek z pacjentami jadącymi na sale operacyjne, kroki przechodzących osób, krótkie rozmowy przed wejściem do gabinetu lekarskiego lub w oczekiwaniu na kolejną radioterapię czy chemię. Dorota Pilch i Lucyna Sztenkiel siedzą obok siebie. Obie w trakcie radioterapii. Obie z rakiem piersi. I obie mówią o chorobie w sposób, który porusza – bo mówią nie tylko o leczeniu, ale o strachu, stracie, sile i nadziei.

Dlaczego mówicie o chorobie tak otwarcie?

Dorota:

– „Bo nie chcę, żeby rak dalej był potworem z koszmarów. Chciałabym, żeby był chorobą – trudną, ciężką, ale „ludzką”. Kiedy usłyszałam diagnozę, byłam sparaliżowana strachem. Samo słowo „rak” odebrało mi oddech. Chemioterapia, radioterapia – to brzmiało jak coś nie do przejścia. A potem okazało się, że to jest codzienność. Tu są pełne korytarze kobiet takich jak my. One się boją. Ja też się bałam. Dlatego pokazuję, mówię, oswajam”.

Lucyna:

– „Ten strach często dotyczy nie tylko zdrowia, ale też tego, kim będziemy „po”. Jak będziemy wyglądać, czy ktoś nas nadal pokocha, czy same siebie zaakceptujemy. Choroba odbiera poczucie kontroli. A mówienie o niej – oddaje choć kawałek tej kontroli z powrotem”.

Czy ten lęk z czasem słabnie?

Dorota:

– „Tak, ale on całkowicie nie znika. Na początku byłam przerażona wszystkim. Pierwsza chemia – strach. Pierwsza wizyta na radioterapii – strach. Nawet jeśli koleżanki mówiły: „Nie boli”, to i tak serce waliło. Ale z każdym kolejnym krokiem było trochę lżej. Bo poznajesz, rozumiesz, widzisz, że dasz radę”.

Jak przeżywacie tę chorobę dzisiaj, będąc w trakcie leczenia?

Lucyna:

– „Paradoksalnie… ta choroba zmieniła moje życie na lepsze. Wstrząsnęła mną tak mocno, że przestałam odkładać decyzje „na potem”. Przez lata byłam zawieszona między Niemcami a Polską. To choroba sprawiła, że wróciłam. Zamieszkałam w Toruniu – w mieście,
o którym marzyłam. Gdyby nie rak, pewnie nadal bym się wahała”.

Dorota:

– „U mnie podobnie. Rak obnaża prawdę o relacjach. Pokazuje, kto naprawdę jest obok. I wie pani co? Wszyscy zostali. A nawet pojawili się nowi ludzie. Choroba bardzo boli, ale potrafi też nauczyć wdzięczności za to, co i kogo mamy”.

Jesteście nadal w trakcie terapii, co dotąd było dla Was najtrudniejsze?

Lucyna:

– „Ten pierwszy miesiąc po diagnozie. Rozpacz. Płacz. Myślenie, że wszystko się skończyło. Gdyby nie moja przyjaciółka, nie wiem, czy bym się podniosła. Były godziny rozmów, spotkań, czasem jej twarde: „Lucyna, ogarnij się, dasz radę”. I ona miała rację. Sama bym nie uniosła tego ciężaru”.

Dorota:

– „Najtrudniejsza jest głowa. Bo ciało często robi to, co musi, ale jeśli w głowie jest chaos i strach, wszystko boli bardziej. Trzeba ten strach oswajać, porządkować myśli. Krok po kroku”.

Co w takiej sytuacji daje Wam siłę każdego dnia?

Dorota:

– „Poczucie sensu. Myśl, że to leczenie ma cel. I że ja mam wpływ – choćby na to, jak myślę, jak przeżywam każdy dzień”.

Lucyna:

–”A u mnie ludzie. Bliscy. I to miejsce. Ten szpital. Personel, który patrzy na nas jak na człowieka, nie jak na „przypadek”. Czuję się tu bezpieczna”.

Dorota:

– :Kiedy dowiedziałam się, że mam raka, wszystko we mnie zamarło. Byłam przerażona. Myślałam tylko: „Jak przeżyję?” Ale potem zobaczyłam, że w tym miejscu nie jestem sama. To nie tylko lekarze i pielęgniarki – to ludzie, którzy naprawdę się z Tobą spotykają, którzy patrzą Ci w oczy i widzą, że boisz się, że jesteś zmęczona. To daje poczucie bezpieczeństwa”.

Lucyna:

– „Choroba zmienia wszystko. Czujesz się zagubiona, czasem niewidzialna, ale kiedy przy Tobie ktoś siedzi, rozmawia, trzyma Cię za rękę, nawet jeśli to rozmowa na odległość przez telefon – świat staje się trochę lżejszy. Moja przyjaciółka spędzała ze mną godziny, tłumaczyła, wspierała, dodawała odwagi. Bez niej nie dałabym rady”.

Dorota i Lucyna mówią spokojnie, ale ich głosy niosą emocje. Niemal każde słowo jest świadectwem tego, jak ogromną rolę w leczeniu odgrywa wsparcie: bliskich, przyjaciół, personelu medycznego i całego środowiska.

Czego najbardziej potrzebuje pacjent onkologiczny?

Lucyna:

– „Połączenia wszystkiego: szybkiego, skutecznego leczenia i zwykłej ludzkiej obecności. Gdy lekarz ma dla nas czas, tłumaczy, rozmawia – wtedy strach trochę odpuszcza. A w raku czas to życie, więc jedno bez drugiego nie istnieje”.

Dorota:

– „Chcemy wiedzieć, co się z nami dzieje. I czuć, że ktoś nas prowadzi przez ten proces”.

A profilaktyka?

Lucyna:

– „Ja ją zaniedbałam. I zapłaciłam za to ogromną cenę. Straciłam piersi. Czasem myślę, że gdybym wcześniej się badała, wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Dziś mogę tylko mówić innym: badajcie się. Dla siebie”.

Dorota:

– „Profilaktyka uratowała mi życie. Guz był maleńki, bo badałam się regularnie. Kontrola to nie strach – to szansa”.

Lucyna:

– „Kobietom trzeba o tym ciągle przypominać. Jesteśmy takie, że swoje potrzeby odkładamy na koniec. A nie powinnyśmy. Bo jesteśmy ważne”.

Na korytarzu Centrum Onkologii czas płynie dalej.  Światowy Dzień Chorego jest kolejnym dniem, w którym Dorota, Lucyna i tysiące innych pacjentów toczą swoją walkę i…. czekają: na kolejny wynik, kolejne badanie, kolejny etap leczenia, na pokonanie raka.  I choć strach oraz ból są realne, obecność drugiego człowieka – bliskiego, przyjaciółki, pielęgniarki, lekarza – pozwala je udźwignąć. Dziś ich słowa brzmią szczególnie mocno. To nie jest rozmowa o chorobie. To rozmowa o życiu, mimo raka i z rakiem. I o kobietach, które każdego dnia uczą się być dla siebie dobre, odważne i silne.

Rozmawiała: Małgorzata Rogatty

Kontakt

Call Center (52) 374 31 10

    Masz pytania? Skorzystaj z formularza

    *Obowiązkowe